06.12.2014

Recenzja z innej beczki: "Potwory w Tokio"

Nazwa: Potwory w Tokio
Nazwa oryginału: King of Tokyo
Twórca: Richard Garfield
Rok wydania: 2011
Liczba graczy: 2-6
Czas gry: 30 min
Ocena: 8/10

Co się stanie, gdy nagle Tokio postanowi odwiedzić King Kong, Godzilla i paru innych ich ziomków. W końcu Japończycy uwielbiają wielkie i mordercze potwory. W grze „Potwory w Tokio” dostajemy możliwość wcielenia się w jednego z sześciu stworów i walczyć o panowanie nad miastem. W świecie wzięty prosto z filmu, w którym zmutowana jaszczurka niszczy trzynastomilionową metropolię, zamieszkanie nie jest najmądrzejszą decyzją. Nawet dla wcześniej wspomnianych potworów. Ale w końcu raz się żyje, co nie?


Zróbmy sobie z Tokio plac zabawa. Choć patrząc na przebieg tej dość krótkiej rozgrywki, bardziej pasowałaby nazwa „poligon”. Richard Garfield przeniósł zmutowany Jurajski Park do Japonii, a teraz od nas zależy, kto przejmie panowanie. Choć w sumie to trochę za dużo powiedziane, bo gra jest bardzo losowa i praktycznie wszystko zależy od tego, co wypadnie na trochę za dużych kostkach. Dobra, ale zacznijmy od początku.


Wzrok przyciąga kolorowe pudełko, całość jest wydana ładnie i przemyślanie, każdy element ma swoje miejsce, dzięki czemu unikniemy niepotrzebnego bałaganu. W środku znajdziemy m.in. planszę, karty, tekturowe potworzaste pionki i karty ze wskaźnikami życia i zwycięstwa, wspomniane wyżej kości, żetony ataków i zielone kostki energii, które przez moje towarzyszki gry zostały nazwane zieloną amfetaminą [nie pytajcie dlaczego, sama tego nie wiem]. Misja jest prosta, wcielamy się w jednego ze stworów i próbujemy przeżyć. Tytuł króla Tokio zdobywa ten, który jako pierwszy uzyska 20 punktów zwycięstwa lub jako ostatni zginie. Ot, cała filozofia. Jednak gdy zaczęłyśmy się wczytywać w szczegóły, zaczęły pojawiać się pewne komplikacje. Może i dla bardziej doświadczonych fanów tego typu gier, będzie ona prosta. My, jako gracze ze statusem „laik”, miałyśmy mały problem. Przydała się tutaj umiejętność czytania ze zrozumienie. Polecam sięgnąć po instrukcję, nam to pomogło.


Przyznam, że grało nam się dość ciekawie, choć krótko. Mimo że producent zaleca ją dla grup od 2 do 6 osób, ja mogę śmiało stwierdzić, że nawet 3 to trochę mało. Brakowało emocji, a gdy jeden stwór zginął, stało się to dla nas już kompletnie bez sensu. Nie mówię jednak, że grało nam się źle, bo bawiłyśmy się przednio. Było sporo śmiechu, zabawy i nawet znalazło się miejsce na próby przekupstwa.

Za wcześniej wspomnianą zieloną amfetaminę można było kupić karty, dające nam dodatkowe umiejętności. Niestety wiele z nich po prostu nie było wartych kupna i gra stawała w miejscu. Da się temu na szczęście zaradzić. Wystarczy trochę zmienić zasady i rozgrywka zaczyna nabierać tempa.


Nie jestem specjalistką od planszówek. Jako totalny nowicjusz w tej kwestii mogę najzwyczajniej w świecie stwierdzić, że gra mi się podobała. Ciekawy sposób na spędzenie wolnego czasu w gronie znajomych. Liczyłam jednak na bardziej strategiczną rozgrywkę, ale też nie ma się co dziwić takiej dużej losowości, skoro jest to gra kościana (jest w ogóle takie słowo?). Łatwo też z niej odpaść, stąd krótki czas rozgrywki. Zdecydowanie mogę polecić zarówno doświadczonym graczom, jak i takim osobom jak ja. Fani Godzilli i jej kolegów powinni być zachwyceni.


Za możliwość ciekawego spędzenia czasu przy „Potworach w Tokio” dziękuję wydawnictwu Egmont.  

Chciałabym też bardzo podziękować moim towarzyszkom - kochanej Olci i naszej Wełnianej gospodyni, która ugościła nas u siebie :D

2 komentarze:

  1. Lubię gry planszowe i w takim razie będę ją polecać. Wygląda interesująco.

    OdpowiedzUsuń
  2. Grałam w to wieki temu, ale niespecjalnie mi ta gra przypadła do gustu, bo kolega, który ją przywiózł, grał pod swoją dziewczynę i nie było ducha rywalizacji. Może w innym towarzystwie byłoby inaczej.

    OdpowiedzUsuń